Pewien znany zagraniczny stylista powiedział kiedyś, że styl zmienia co pół roku. Dzięki temu ma swoim życiu stać się kimkolwiek chcę. Good story, bro.
Patrząc na swoje stare zdjęcia nie płaczę za starymi czasami, kiedy słuchałam smutnych rocko-alternatywno-chuj-wie-jakich ballad i przeżywałam każde słowo krytyki słowa gorzej niż reaguje statystyczna kobieta na każdy ponadprogramowy kilogram (i znów nie poszło w cycki)
Kiedyś najważniejsze było dla mnie, żeby strojem wwiercać się w oczy przechodniów, błyszczeć tanimi łańcuchami i zostawiać ślady ubrudzonych martensów. Chciałam się buntować, dziś już chyba nie wiem przeciwko czemu. W domu miałam całkiem okej, na płaszczyźnie edukacji średnio, ale stabilnie. Miałam co zjeść i trochę zbyt dużo butów jak na przeciętnej klasy hipstera.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że bunt przeciw rzeczywistości jest trochę passe, trochę zbyt mainstreamowy.
Teraz, po jakimś tam okresie czasu, kiedy dystans i potocznie zwana wyjebka na nieistotne elementy rzeczywistości osiągnęła punkt krytyczny stwierdziłam, że mi też wolno dokonywać ubraniowego obrotu o 180 stopni. I stałam się ubraniową luzaczką, która w dresach słucha naprzemiennie Led Zeppelin i Snoop Dooga.
(t-shirt nike, cap Prosto, shoes nike free run, denim jacket vintage, tracksutis no brand)













